Zaniedbany sojusznik państwa. Dlaczego liberalny patriotyzm nie umie mówić do wsi

Patriotyzm wspólnotowy bez wolności kostnieje, bo nie zostawia przestrzeni na odmienne doświadczenia; patriotyzm wolnościowy bez wspólnoty kruszeje, bo nie potrafi wskazać, co ma zostać ocalone dla kolejnych pokoleń. Razem tworzą całość rozumianą jako zdolność do utrzymania dobra wspólnego w świecie, który zmienia się szybciej niż nasze słowa i szybciej niż przywiązania.
Dwa języki tej samej troski
W Polsce nie brakuje patriotów. Brakuje tylko zrozumienia, że patriotyzm może mieć dwa różne języki: wspólnotowy i wolnościowy. Pierwszy wyrasta z doświadczenia miejsca, z rytuałów i relacji, które składają się na zobowiązanie wobec ludzi i ziemi – jest zakorzenieniem, które pamięta nie tylko o tym, kto tu dziś żyje, ale także o tych, którzy byli przed nami i przyjdą po nas. Drugi wyrasta z doświadczenia praw, podmiotowości i autonomii — jest obroną przestrzeni, w której człowiek może żyć po swojemu, nie krzywdząc innych, i w której państwo ma chronić obywatela przed arbitralnością silniejszego. Te dwa języki zazwyczaj mijają się w sporach, ponieważ każdy z nich chroni inny wymiar dobra wspólnego, choć w istocie dotyczą tej samej troski o Rzeczpospolitą.
W codziennej debacie oba bywają mylone z karykaturą: wspólnotowy — z patosem lub zamknięciem, wolnościowy — z egoizmem lub „kosmopolityczną obojętnością”. Redukowane do uproszczeń stają się łatwym celem, bo odzierane są z sensu, który je konstytuuje. Tymczasem w dojrzałym ujęciu są komplementarne. Patriotyzm wspólnotowy bez wolności kostnieje, bo nie zostawia przestrzeni na odmienne doświadczenia; patriotyzm wolnościowy bez wspólnoty kruszeje, bo nie potrafi wskazać, co ma zostać ocalone dla kolejnych pokoleń. Razem tworzą całość rozumianą jako zdolność do utrzymania dobra wspólnego w świecie, który zmienia się szybciej niż nasze słowa i szybciej niż przywiązania.