Sztuka pomijania. O tym, jak miasto nie widzi wsi

Problem zaczyna się jednak wtedy, gdy miasto nie tylko opisuje siebie, ale zaczyna także opisywać świat z pozycji, którą uznaje za naturalną i uniwersalną. Kiedy jego perspektywa staje się miarą całości. Kiedy to, co miejskie, zaczyna uchodzić za nowoczesne, a to, co niemiejskie – za spóźnione, prowincjonalne albo co najwyżej „do nadrobienia”. Wtedy właśnie pojawia się coś, co nazwałbym sztuką pomijania.
Miasto, które opowiada samo siebie
Miasto lubi myśleć o sobie jak o dziele sztuki. Jako o przestrzeni zaprojektowanej, znaczącej, dynamicznej, nowoczesnej. O miejscu, które nie tylko istnieje, ale także nieustannie opowiada samo siebie: architekturą, fasadami, rytmem ulic, tempem życia, komunikacją, dostępem do kultury, kawiarniami, muzeami, placami i parkami. Miasto chce być oglądane. Chce być czytane. Chce być interpretowane. W tej opowieści jest estetyka, polityka i aspiracja. Jest pragnienie bycia centrum – nie tylko na mapie, ale także w wyobraźni. Jak obraz zawieszony w reprezentacyjnej sali, miasto troszczy się o kompozycję, światło, perspektywę i sposób patrzenia widza. Dba o to, co ma przyciągać wzrok. Rzadziej zastanawia się nad tym, co ten wzrok podtrzymuje: nad ramą, blejtramem, sztalugą, ścianą, na której obraz wisi, i ręką, która go kiedyś przygotowała do oglądania.