Kto płaci za dobre intencje władzy? O etyce skutków w polityce publicznej

Władza bardzo często chce być oceniana po tym, co zamierzała zrobić. Obywatele mają jednak prawo oceniać ją po tym, co rzeczywiście zrobiła. A jeszcze dokładniej: po tym, jakie skutki wywołały jej decyzje, kto na nich zyskał, kto stracił, kto został pominięty i kto zapłacił cenę za błędne założenia, pośpiech, propagandę albo zwykłą obojętność.

W polityce publicznej najłatwiej mówi się o intencjach. Chcemy pomóc rodzinom, wzmocnić bezpieczeństwo, rozwijać wieś, ograniczać ubóstwo, poprawiać jakość usług publicznych, zwiększać dostępność mieszkań, wspierać młodych, chronić seniorów, inwestować w przyszłość. Słownik rządzenia pełen jest słów, którym trudno się sprzeciwić. Kto bowiem chciałby być przeciwko trosce, solidarności, rozwojowi, bezpieczeństwu czy sprawiedliwości? A hasła te słyszymy od prawa do lewa… Problem polega na tym, że język dobra wspólnego bardzo łatwo staje się językiem politycznej samousprawiedliwiającej opowieści. Im piękniej brzmią deklaracje, tym uważniej powinniśmy pytać, co naprawdę za nimi stoi.

Problem zaczyna się wtedy, gdy za dobrymi intencjami nie idzie uczciwy rachunek skutków. Bo rządzenie nie jest konkursem na najładniejszą deklarację. Nie jest też rywalizacją na najbardziej poruszające hasło ani na najbardziej efektowną konferencję prasową. Jest odpowiedzialnością za realne życie ludzi — także tych, którzy nie mieszczą się w tabelach, strategiach, kampaniach i politycznych narracjach sukcesu.

czytaj całość