International PEARL Festival

Ten wyjazd był dla mnie wyjątkowy z kilku powodów.
Po pierwsze – bo po raz pierwszy poleciałem tak daleko.
Aż do Tajlandii – kraju, który od pierwszego dnia zachwyca. Wszystko tam jest inne: światło, zapach, dźwięki, kolory… temperatura, która nawet w nocy nie spadała poniżej 27 stopni… Ludzie są serdeczni, życzliwi, zawsze uśmiechnięci. W ich gestach i spojrzeniach jest coś prawdziwego, bez pośpiechu i udawania. W tym upale, wśród gwaru ulic, w smaku mango i zapachu plaży można było odnaleźć coś, czego na co dzień brakuje – spokój i prostą radość z bycia tu i teraz.
Po drugie – bo po wielu latach znów pojechałem z zespołem na festiwal.
Ostatni raz byłem z moją Cybinką chyba siedem czy osiem lat temu. Tamten czas pamiętam jako pełen emocji… Teraz, po latach, znów mogłem tego doświadczyć – wspólnego tańczenia, śmiechu, nerwów przed występem i tej nieopisanej energii, która łączy ludzi w zespole. To coś, czego nie da się nauczyć ani opisać – to się czuje…
Po trzecie – bo po ponad 28 latach znów stanąłem na festiwalowej scenie jako tancerz.
Nie jako instruktor, nie jako widz, ale tancerz. To zupełnie inne emocje. Trudno było wrócić – po zaledwie trzech próbach, po latach przerwy… Ciało pamiętało kroki, ale głowa wciąż podpowiadała: „uważaj”. Czasem się myliłem, czasem złościłem, że nie wszystko wychodzi tak, jak kiedyś. Ale moja partnerka niezawodnie podpowiadała… Dzięki wsparciu całej grupy, znów poczułem tę starą tremę, a potem… tę satysfakcję po ostatnim układzie… Taką, że aż łzy wzbierały do oczu…
Po czwarte – bo mogłem znów poczuć, czym naprawdę jest polski taniec ludowy.
To nie tylko kroki i figury. To zrąb naszej tradycji, sposób opowiadania historii o tym, kim jesteśmy. W każdym tańcu, w każdym geście jest kawałek polskiej duszy – radości, melancholii, dumy i prostoty. Stroje, kolory, przyśpiewki – wszystko to razem tworzy opowieść o Polsce, której wartość często doceniamy dopiero wtedy, gdy pokazujemy ją światu. A gdy biało-czerwona flaga powiewała obok nas na scenie, poczułem tę dumę, której nie da się pomylić z żadną inną.
Po piąte – bo byłem tam z niezwykłymi ludźmi.
Każdy z nich inny, każdy wyjątkowy. Jedni troszczyli się, bym miał co jeść , inni sprawdzali, czy nogi jeszcze dają radę po całym dniu tańca. Ktoś pytał, czy opalenizna nie parzy, ktoś inny – czy już był masaż… Jedni martwili się o to, by wszystko było dopięte, a inni – by nikt nie zapomniał się śmiać… Ktoś podał drinka (dużo ktosiów), ktoś powiedział: „Jest super, damy radę!”, inny „lubię cię” lub „nie martw się”. Wszyscy wiedzą, kogo mam na myśli. To ludzie, którzy tworzą coś więcej niż zespół – tworzą wspólnotę… a jak jest we wspólnotach, to tylko Ci wiedzą, że w takowej byli (nie zawsze różowo)…
I wreszcie – bo znów mogłem poczuć tę radość, którą daje taniec.
Bycie instruktorem to odpowiedzialność, nauka, patrzenie z boku. Bycie tancerzem – to emocje… To bicie serca, które przyspiesza wraz z muzyką. To chwila, w której zapomina się o wszystkim innym. Kiedy na koniec ostatniego tańca uniosła się biało-czerwona, a publiczność biła brawo, poczułem, że wróciłem do miejsca, które zawsze było częścią mnie…
Ten wyjazd był nie tylko podróżą do innego kraju. To była podróż w czasie, w emocje, w samego siebie.
W takich chwilach przypominam sobie, że folklor to nie przeszłość – to ciągle żywa opowieść o tym, kim jesteśmy. I że nawet tysiące kilometrów od domu można poczuć Polskę tak blisko, jakby była tuż obok…

Może być zdjęciem przedstawiającym co najmniej jedna osoba, świątynia i tekst
Może być zdjęciem przedstawiającym co najmniej jedna osoba
Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Może być zdjęciem przedstawiającym taniec i dirndl
Brak dostępnego opisu zdjęcia.
Może być zdjęciem przedstawiającym co najmniej jedna osoba, świątynia i tekst
Może być zdjęciem przedstawiającym tekst
Może być zdjęciem przedstawiającym słoń
Może być zdjęciem przedstawiającym dirndl