Demokracja przy stole, nierówność pod stołem. O peryferiach, które nie chcą już jeść okruchów

Demokracja ma o sobie dobre zdanie. Lubi mówić językiem równości, wspólnoty, uczestnictwa i praw obywatelskich. W tej opowieści każdy głos waży tyle samo, każdy obywatel jest równie ważny, a wspólnota polityczna pozostaje otwarta dla wszystkich. To piękna narracja – i coraz bardziej niepełna.
Demokracja ma o sobie dobre zdanie. Lubi mówić językiem równości, wspólnoty, uczestnictwa i praw obywatelskich. W tej opowieści każdy głos waży tyle samo, każdy obywatel jest równie ważny, a wspólnota polityczna pozostaje otwarta dla wszystkich. To piękna narracja – i coraz bardziej niepełna. Bo jeśli spojrzeć na demokrację nie od strony konstytucyjnych deklaracji, lecz od strony codziennego doświadczenia ludzi, szybko okaże się, że wielu z nich nie żyje w świecie równego obywatelstwa, lecz w świecie różnej wagi życia. Formalnie mają te same prawa. W praktyce dostają mniej: mniej usług, mniej bezpieczeństwa, mniej uwagi, mniej uznania, mniej wpływu. Mogą głosować, ale nie współdecydować. Mogą uczestniczyć, ale nie współkorzystać. Mogą stać przy stole, ale wciąż zbyt często żywią się tym, co z niego spadnie.
Nie piszę tego przeciw demokracji. Przeciwnie –z przekonania, że pozostaje ona najlepszym ze znanych nam sposobów organizowania wspólnoty politycznej, bo jako jedyna daje obywatelom prawo korekty władzy, język sporu bez przemocy i obietnicę równej politycznej godności. Właśnie dlatego nie wolno mylić jej obrony z bezkrytycznym przyzwoleniem na jej ubożenie. Demokracja nie jest dogmatem, którego należy strzec przed pytaniami, lecz ustrojem, który właśnie dzięki pytaniom, sporom i samonaprawie zachowuje sens. Krytyka jej społecznych ślepot nie jest więc podważaniem demokracji, ale dbaniem o nią.