Moje wietnamskie abecadło

Wietnam to kraj pełen paradoksów… Kraj, w którym bieda i bogactwo (głównie tych wybranych, powiązanych z władzą), żyją obok siebie.
W którym prowizoryczne domy z blachy falistej stoją w cieniu szklanych wieżowców, a ludzie jedzą na plastikowych mini-stołkach pod biurowcami wartymi miliony dolarów.
To przestrzeń, która nie daje prostych ocen. Trzeba ją przejść, zobaczyć, czasem przemilczeć. To abecadło jest próbą uporządkowania moich wrażeń – nie obiektywnie, tylko tak, jak je zapamiętałem…

A jak Ambiwalencja
Wietnam od początku jest „na dwa głosy”. Zachwyt miesza się z dyskomfortem, podziw z poczuciem bezradności. Jedziesz ulicą i widzisz prowizoryczne domy, a za chwilę szklane fasady, nowe osiedla, ambicję w betonie. To kraj, w którym człowiek przestaje udawać, że świat jest prosty, bo tu sprzeczności nie są wyjątkiem, tylko codziennością.

B jak Bieda
Nie ta z reportażu, tylko ta zwyczajna, oswojona, często niewidzialna dla tych, którzy nie chcą jej widzieć. Najbardziej uderza kontrast: ktoś sprzedaje coś na ulicy „na dziś”, a obok rośnie miasto „na jutro”. Wietnam potrafi zawstydzić europejską wygodę, bo pokazuje, że rozwój nie zawsze zabiera biedę ze sobą – czasem tylko stawia ją bliżej luksusu. Bieda to też często domena tych, którzy współpracowali z Amerykanami… a teraz do trzeciego pokolenia mają zakazy pracy w administracji państwowej… bez emerytur…

C jak Củ Chi
Tunele Củ Chi to nie jest atrakcja. To wejście w świat, w którym historia przestaje być opowieścią, a staje się doświadczeniem ciała: ciasno, duszno, ciemno, człowiek łapie oddech jakby był cudzą własnością. I wtedy dopiero rozumiesz, że wojna nie jest „tematem”, tylko warunkiem życia, który ktoś musiał udźwignąć dzień po dniu.

D jak Delta Mekongu i Da Nang
Delta Mekongu to Wietnam, który płynie: rzeka organizuje życie, pracę, jedzenie, transport, rytm dnia. Tam wszystko jest bardziej pierwotne, zależne od natury i sezonu. A Da Nang to jak oddech po tej intensywności – więcej przestrzeni, morze, lżejsze tempo, miasto-pomost między północą i południem. Dwa „D”, a jakby dwa różne światy: jeden zbudowany z wody i pracy, drugi z wiatru i nowoczesności.

E jak Energia
Ten kraj ma energię. Skutery, klaksony, ulica, która jest kuchnią, sklepem, salonem i biurem naraz. Na początku to męczy, potem zaczyna się rozumieć, że to jest ich sposób organizacji świata: intensywny, funkcjonalny, bez zbędnych dekoracji.

F jak Folklor, który żyje
Nie muzealny, nie „pod turystę”. Czasem to detal w stroju, czasem melodia, czasem gest, czasem sposób świętowania. Wietnam ma w sobie coś, co rzadkie: tradycja nie jest tu tylko wspomnieniem, ona dalej pracuje w ludziach. Zdjęcia w stroju ludowym, nie są czymś dziwnym – są normalne… i ciągle widać kogoś w pięknym stroju…

G jak Gęstość
W Hanoi i Sajgonie (Ho Chi Ming City) najbardziej czułem „gęstość”: gęstość ludzi, bodźców, zapachów, dźwięków. Wszystko jest blisko. Wszystko się dzieje równocześnie. W tej gęstości łatwo się zmęczyć, ale też łatwo poczuć, że jest się w miejscu, które naprawdę żyje, a nie udaje życia.

H jak Hanoi, Huế i Ha Long
Hanoi to hałas, historia i nerw – miasto, które nie próbuje być „ładne”, tylko jest prawdziwe, z całym swoim chaosem i pamięcią. Huế to przeciwnie: melancholia i ciężar dawnej stolicy, cisza murów, wrażenie, że czas płynie wolniej, jakby z szacunku do przeszłości. A Ha Long to moment, w którym człowiek milknie, bo krajobraz robi z tobą coś prostego: odbiera ci potrzebę komentowania. Trzy „H” i trzy różne stany ducha.

I jak Intensywność
Wietnam nie jest krajem „na pół gwizdka”. Albo wchodzisz w to tempo i chłoniesz, albo próbujesz się bronić i wtedy szybciej się męczysz. Intensywność dotyczy wszystkiego: ruchu, smaków, upału, rozmów, wrażeń. I może dlatego tak mocno zostaje w pamięci.

J jak Jedzenie
Tu jedzenie jest codziennym rytuałem, a nie celebracją. Siadasz nisko, jesz szybko, wśród ludzi, którzy robią to samo. I czujesz, że jedzenie nie jest dodatkiem do życia – ono jest częścią porządku dnia, czymś tak podstawowym jak ruch ulicy. Nie jest tak dobre jak w Tajlandii… ale w Wietnamie je się wszystko (obejrzyjcie Gordona Ramseya)…

K jak Kolej i Komunizm
Kolej przejeżdżająca wzdłuż dzielnicy z knajpkami to czysta metafora Wietnamu: życie tu dosłownie dzieje się centymetry od ryzyka. Jest chwila napięcia, potem pociąg znika i wszystko wraca do stolików, jakby nic się nie stało.
A komunizm? On jest w przestrzeni: flagi, hasła, portrety, oficjalny ton państwa. Tyle że obok działa bardzo żywy pragmatyzm i rynek. To dość dziwne: ideologia w tle, a codzienność w pierwszym planie. Sierp i młot dziwi nas Europejczyków… bo jest tam na porządku dziennym…

L jak Ludzie
Najbardziej zapamiętuje się spokój i uważność w spojrzeniach. Czasem człowiek czuje dystans, ale częściej po prostu kulturę, w której emocje rzadziej są na wierzchu, a szacunek jest formą komunikacji. Bardzo mili, niezwykle grzeczni…

M jak Mỹ Sơn
Mỹ Sơn jest jak przypomnienie, że cywilizacje potrafią zniknąć, a zostaje cisza i kamień. Ruiny wśród zieleni robią wrażenie nie rozmachem, tylko kruchością. Człowiek wychodzi stamtąd z myślą, że to, co wydaje się trwałe, wcale takie nie jest. No i… Kazimierz Kwiatkowski… polski ślad…

N jak Nierówności
Wietnam pokazuje nierówność bez upiększeń. Bogactwo nie „rozlewa się” równomiernie, ono rośnie punktowo. I dlatego te wieżowce, o których pisałeś, są tak mocnym symbolem: stoją obok biedy, nie zamiast niej.

O jak Obrazy, które zostają
Niektórych scen nie da się „odfiltrować”. Ulica o świcie. Praca w upale. Dzieci, starsi, ruch bez końca. Wietnam zostaje w głowie nie dlatego, że był piękny, tylko dlatego, że był prawdziwy i intensywny.

P jak Phở
Phở to dla mnie smak Wietnamu: prosty, głęboki, powtarzalny, a jednak zawsze trochę inny. To nie „zupa na próbę”, tylko codzienność w misce. Jedzona rano ma w sobie coś z porządku: jakby mówiła, że dzień można zacząć od czegoś, co jest stałe w świecie pełnym chaosu.

R jak Rytm
Rytm Wietnamu jest inny niż europejski. Szybszy na ulicy, spokojniejszy w akceptacji tego, co jest. Tu ludzie potrafią działać w chaosie i nie tracić równowagi. To robi wrażenie.

S jak Sajgon i stroje ludowe
Sajgon to prędkość, ambicja i przyszłość – miasto, które żyje jutrem i nie przeprasza za tempo. A stroje ludowe, w których Wietnamczycy fotografują się z dumą, są jak piękna przeciwwaga: znak, że nowoczesność nie musi oznaczać wyrzeczenia się tożsamości. W jednym kraju masz futurystyczne miasto i ludzi, którzy świadomie wybierają tradycję, bo chcą ją zachować dla siebie.

T jak Tây Ninh
Tây Ninh zostawia w głowie poczucie harmonii. To miejsce, w którym duchowość nie jest wojną o rację, tylko próbą łączenia. Po całym zgiełku i intensywności podróży taki spokój działa jak wyhamowanie, jak przypomnienie, że człowiek potrzebuje sensu nie mniej niż tempa.

U jak Ulica
Ulica jest tu wszystkim. Jest kuchnią, sklepem, salonem, miejscem spotkań. Wietnam widać najlepiej nie w folderach, tylko właśnie na ulicy, gdzie codzienność dzieje się na oczach wszystkich.

W jak Wojna w tle
Wietnam żyje dalej, ale pamięć wojny jest obecna w muzeach, opowieściach, miejscach takich jak Củ Chi. To nie jest histeria pamięci, raczej spokojne „to było”. I to „było” nadal buduje tożsamość. Pamiętają… nie rozpamiętują…

Z jak Zderzenia
Zderzenie biedy i rozwoju, tradycji i nowoczesności, ideologii i rynku, ciszy i hałasu. Wietnam jest krajem zderzeń, ale paradoksalnie one nie rozrywają go na części. One go tworzą.

Zdjęcie
Zdjęcie
Zdjęcie