Matka – Teatr Ateneum

„Matka” w Teatrze Ateneum z Agatą Kuleszą w roli głównej to zupełnie inna interpretacja tej samej sztuki, którą można zobaczyć w Teatrze Polonia. Ten sam Witkacy, te same relacje, ale inne rozłożenie akcentów i inna dramaturgia odpowiedzialności. W Ateneum świat jest wyraźniej spolaryzowany, bardziej hierarchiczny. Zło ma tu konkretną twarz. Już od pierwszych scen widać, że spektakl prowadzi widza mniej przez chaos, a bardziej przez jasno zarysowany konflikt. To interpretacja bardziej uporządkowana formalnie, ale przez to także bardziej bezwzględna w swoim przekazie.

Tu matka jest stroną dominującą i jednoznacznie antypatyczną. Agata Kulesza gra ją brawurowo, bez cienia usprawiedliwienia, bez miękkości i bez potrzeby tłumaczenia motywacji. To postać chłodna, opresyjna, konsekwentna w swojej emocjonalnej przemocy. Nie ma tu ambiwalencji znanej z Polonii – jest kontrola, władza i przemoc ubrana w codzienność. Ta bezwzględność czyni jej kreację wyjątkowo mocną. To rola, która nie szuka porozumienia z widzem, lecz stawia go pod ścianą. Trudno tu o współczucie, a jeszcze trudniej o jakąkolwiek ulgę.

W Polonii, w interpretacji Krystyny Jandy, matka była bardziej krucha: tracąca wzrok, podszyta lękiem, rozpaczliwie próbująca zachować sens istnienia poprzez syna. Jej dominacja brała się z bezradności i strachu przed pustką. U Kuleszy tej kruchości nie ma – jest twardość i zimna konsekwencja. To już nie współuzależnienie, lecz relacja oparta na wyraźnej asymetrii sił. Różnica ta zasadniczo zmienia sposób, w jaki widz rozkłada empatię i ocenę. W Ateneum współczucie niemal odruchowo przesuwa się w stronę syna.

Równie interesująco wypada syn. W Ateneum (Adam Cywka) nie jest tak drażniący w sensie teatralnym, nie generuje tego nerwowego, niemal bolesnego napięcia, które w Polonii momentami trudno było znieść. Jest spokojniejszy, mniej histeryczny, bardziej wycofany. Ale to wcale nie czyni go „normalnym”. Nadal pozostaje absurdalny, dziwny, wyjęty z realistycznego porządku świata – tylko że jego niepokój ma charakter cichszy, bardziej wewnętrzny. To postać, która nie eksploduje, lecz powoli gaśnie na oczach widza. Ten proces jest mniej efektowny, ale równie dotkliwy.

W Polonii syn irytował swoją nieskutecznością, emocjonalnym rozedrganiem i ciągłym powrotem do punktu wyjścia. Ten rodzaj irytacji był celowy – budował artystyczny dyskomfort widza. W Ateneum zamiast tego pojawia się frustracja wynikająca z rezygnacji i bezruchu. Tam bunt krzyczał i odbijał się od ścian, tu jakby nigdy nie miał szansy naprawdę się narodzić. To przesunięcie akcentu zmienia dynamikę całej relacji matka–syn. Relacja staje się bardziej jednostronna, a przez to bardziej przytłaczająca.

W Teatrze Ateneum szczególnie interesujące jest rozwiązanie, w którym syn i ojciec stają się w istocie jedną postacią, funkcjonującą na pograniczu rozdwojenia jaźni. Ojciec nie jest tu autonomicznym bohaterem, lecz jakby projekcją przyszłego „ja” syna – cieniem tego, kim może się stać, jeśli nie wyrwie się z relacji z matką. Taka interpretacja wzmacnia witkacowski motyw rozpadu podmiotowości i pokazuje, że konflikt nie przebiega tylko między osobami, lecz także wewnątrz jednej psychiki. Syn nosi w sobie ojca jako zapowiedź klęski, stagnacji i powielenia tego samego losu, przed którym próbuje uciec, choć bezskutecznie. W Teatrze Polonia role te są wyraźnie rozdzielone – ojciec istnieje jako osobna, absurdalna figura – przez co świat przedstawiony jest bardziej rozproszony, a odpowiedzialność za rozpad relacji rozlana na wiele postaci. Ateneum idzie w stronę większego skupienia i psychicznej kondensacji, czyniąc z relacji matka–syn niemal zamknięty układ bez wyjścia.

Znaczący jest także motyw kołysanki, który w obu spektaklach wybrzmiewa zupełnie inaczej. U Jandy jest ona spokojna, lekko chaotyczna, jakby śpiewana na granicy czułości i dezorientacji – bardziej uspokaja niż porządkuje. U Kuleszy kołysanka brzmi swojsko, niemal ludowo, osadzona w czymś znajomym i „domowym”. Ta swojskość nie koi, lecz niepokoi jeszcze bardziej, bo podkreśla, jak przemoc potrafi ukrywać się w tym, co pozornie bliskie i bezpieczne. To detal, który subtelnie, ale wyraźnie ustawia ton całego przedstawienia. W Ateneum ta scena ma w sobie coś niemal obrzędowego.

Różnica między tymi spektaklami polega więc nie na tekście, lecz na odpowiedzi na pytanie: gdzie lokujemy źródło toksyczności? U Jandy świat był równomiernie skażony – wszyscy byli uwikłani, wszyscy w jakimś sensie winni. W Ateneum odpowiedzialność skupia się na matce jako centralnej figurze przemocy. To dwa różne klucze do tej samej historii. Każdy z nich prowadzi widza do innych, równie niewygodnych wniosków. I każdy z nich odsłania inny wymiar witkacowskiego absurdu.

Dlatego warto zobaczyć obie inscenizacje. Nie po to, by wybrać „lepszą”, lecz by zobaczyć, jak ten sam dramat może otwierać zupełnie różne sensy. Porównanie Polonii i Ateneum pokazuje, jak pojemna jest „Matka” Witkacego – i jak wiele mówi nie tylko o relacjach rodzinnych, ale o sposobach opowiadania przemocy, zależności i władzy. To rzadki przypadek, gdy konfrontacja dwóch interpretacji staje się wartością samą w sobie. I chyba najlepszy dowód na to, że ten tekst wciąż potrafi boleśnie rezonować.